Znojne lato roku 1671 zasta³o pañstwa Wo³odyjowskich w dziedzicznej Basinej wsi Sokole

Ona!... Przez d³ugi czas s³owa nie móg³ przemówiæ i tylko patrzy³ na m³odego Tatara, a ów pocz±³ chodziæ wielkimi krokami po izbie, wreszcie rzek³: - Beze mnie by siê ta rzecz staæ nie mog³a, bom ja syn Tuhaj-beja, a od Dniepru do Dunaju nie masz g³o¶niejszego miêdzy Tatary imienia. Na to pan Wo³odyjowski poszed³ do okna i g³owê do zimnej szyby przy³o¿y³. Urzekaj±ca Pan Zag³oba ca³y dzieñ uspokoiæ siê nie móg³ i nad stawem wci±¿ p³aka³ tak rzewnie, ¿e jak sam pó¼niej powiada³: a¿ staw wezbra³ i stawid³a trzeba by³o otwieraæ. Mi³y Bo¿e! ile¿ to razy on mnie, a ja jego w opresji ratowa³em! - Gdybym siê te¿ zrzek³ funkcji deputata? - przerwa³ Skrzetuski. Dostrzeg³szy ludzi oni sami rusz± ku nam, bo têdy mo¿na dobrze ku rzece pod wiszarem przejechaæ, a za¶ z tamtego boku jest jar okrutnie przepa¶cisty, przez który nikt nie przejedzie. S³oñce tak pali, ¿e a¿ woda zda siê od niego p³on±æ, a kiedy owe blaski poczn± drgaæ i skakaæ na fluktach, rzek³by¶: deszcz ognisty pada. Ksiê¿na Gryzelda bowiem, która ju¿ by³a wróci³a z krajów cesarskich, tam go na wesele zaprasza³a, sama ofiaruj±c siê byæ matk± panience.

I m±¿ miê nie wstrzymywa³, bo od Budziaku burza grozi... Przed oczyma widzia³ twarz Drohojowskiej, jej oczy z d³ugimi rzêsami i usta puszkiem okryte. Tymczasem pan Muszalski, który prêdkie mia³ zdanie, zaraz rzek³: - Naprzód nale¿y nam Panu Bogu podziêkowaæ, i¿ tak niecne praktyki siê odkry³y, a potem sze¶ciu draganów wykomenderowaæ z Mellechowiczem i kul± w ³eb! - Potem tylko innego setnika mianowaæ - doda³ pan Nienaszyniec. Powiedz jej to. Rzeczpospolita k³amców Ci wraz z oficerami spod innych chor±gwi czêsto spêdzali wieczory u pu³kownika, opowiadaj±c o dawnych dziejach i wojnach, w których sami brali udzia³. - Dziêkujê Bogu, ¿e¶ waæpan jowialnego humoru nie utraci³ - rzek³ Ketling - bo weso³o¶æ znak zdrowia. Ewa przy tym najzacniejsza dziewka! - Jeno tak± ma twarz, jakoby jej kto na czole napisa³: „na¶ci gêby!” Hu! kawka to jest! Wczorajem to sobie zakonotowa³, ¿e gdy przy stole naprzeciw g³adkiego ch³opa siedzi, to tak dycha, ¿e a¿ raz w raz talerz odrzuca i musi go sobie przysuwaæ. Panie bracie, kto chce co dobrego sprawiæ, ró¿nie ludzi obchodziæ musi, ale z wami, widzê, trzeba prosto w sedno.

Sta³ przed ni± pozornie ch³odny, choæ p³omieñ mia³ w ustach i oczach, a przepa¶ciste jego ¼renice mówi³y jej wszystko, czego nie wypowiada³y zaci¶niête usta. - Panie pu³kowniku - rzek³ ³agodniejszym ju¿ tonem. - Ju¿ tu wiedz±, ktom jest - rzek³ wreszcie Tuhaj-bejowicz. Szelma w nim by³a, ukraiñska dusza!... Mówi³ ¿o³nierzysko: „nic!”, a przecie a¿ zêby ¶cisn±³ i syczeæ pocz±³, a z drugiego koñca izby ozwa³o siê wycie Basi. ks. Piotr Pawlukiewicz Ma³y rycerz pocz±³ czytaæ, co nastêpuje: „Ze wszystkich stron s³yszê, ¿e nikogo nad ciê przydatniejszego do takiej pos³ugi nie ma, a to dla dziwnej mi³o¶ci, któr± oni k'tobie p³on±. Potrzebujê siê jeszcze z panem podkanclerzym koronnym rozmówiæ i z panem podskarbim, listy Ruszczycowi przygotowaæ i instrukcje mu daæ. Dobrze? - To i siostrze nie mam nic gadaæ? - Sama ja jej powiem, ale po pana Micha³owym odje¼dzie.

Wo³odyjowski a¿ w rêce klasn±³: - Zarazem siê domy¶li³, ¿e waszmo¶æ pana Nowowiejskiego m³odego rodzic, i w³a¶nie pytaæ mia³em, tylko ¿e¶my to byli ¿a³o¶ci± jejmo¶ci pani Boskiej zajêci. Ej, lepiej nie mówiæ! Tu Krzysia znów podnios³a swe ciemnoniebieskie oczy do góry: - Bóg nad nami ¶wiadek, a ludzie niech w niewiadomo¶ci zostaj±. Nie wiem, czyli ci, zdrajco, jako takiemu potentatowi, dam rady i z poselstwa wyrugowaæ zdo³am, ale ¿e ci to do elekcji nie pos³u¿y - to pewna! I Micha³, niebo¿e, poczekaæ na mnie musi, bo to bêdzie pro publico bono uczynek. - Jak waæpan mo¿esz suponowaæ? - Ja te¿ nie suponujê, jeno tak sobie powiadam... Cudze pole No! Przecie taki szelma by³, ¿e w piekle gorszego nie znale¼æ, ale ¿e znamienity wojennik, wiêc radzi siê do niego przyznaj±. Na Wo³odyjowskiego by³ z³y, na Krzysiê tak¿e; wola³by wprawdzie, ¿eby pan Micha³ o¿eni³ siê z Krzysi± ni¿ z nikim, ale postanowi³ uczyniæ wszystko, ¿eby siê o¿eni³ z hajduczkiem. - Tak! - odrzek³a pó³g³osem panna Drohojowska. Kto wiêcej; to nie wiem...

- Jam dworskich obyczajów nie¶wiadoma! - szepnê³a w najwiêkszym zmieszaniu panna. Wiêc i jej m³ody Azja przedstawi³ siê zupe³nie inaczej, wiêc widok jego oszo³omi³ j±, a zarazem ol¶ni³ i upoi³. Z podziwem te¿ s³ucha³ o jego nadzwyczajnym mêstwie i o tym, ¿e sam hetman tak znakomit± powierzy³ mu funkcjê, jak ¶ci±gniêcie na powrót do s³u¿by Rzeczypospolitej wszystkich Lipków i Czeremisów. Talleyrand Noc nie przynosi³a jej spoczynku. Siedzieli tak blisko siebie, ¿e prawie czo³em w czo³o. Z Doroszeñkowej bowiem hassy i pomocniczych czambu³ów odrywa³y siê co chwila wiêksze lub mniejsze zagony i podchodz±c pod komendy polskie, roznosi³y razem spustoszenie i po¿ogê w okolicy. Jako¿ wieczorem dworek Ketlinga zaja¶nia³ ¶wiat³em; przyby³o kilkunastu wojskowych i muzyka, któr± uprzejmy gospodarz dla rozrywki pañ sprowadzi³. - Zo¶ka, a kiedy pana Boskiego w jasyr wziêto? - Piêæ lat temu, w sze¶ædziesi±tym siódmym - odrzek³a cienkim g³osikiem Zosia nie podnosz±c swych d³ugich rzês z oczu.

- Widzisz, Azja, w ka¿dym razie to nie³atwa rzecz. - Ot i Ketlingowy dwór! - zawo³a³ Zag³oba. Rêki tej nie przyciska³ do serca; szed³ spokojny i skupiony. Trzeba te¿ i zapasik jaki taki przygotowaæ, bo i tego pewnie nie wiecie, ¿e miody a wina nigdzie siê tak dobrze jako w pieczarach nie konserwuj±... - Nie by³o do tego nijakiego podobieñstwa - odpar³ z wolna m³ody rycerz. Hoc! Hoc! Chcesz, to ci tej pie¶ni po¿yczê albo zgo³a now± skomponujê, gdy¿ jeniuszu mi nie brak. Zag³oba ¶ciska³ go d³ugo, na koniec pocz±³ mówiæ: - Nie sam nad swoim nieszczê¶ciem p³aka³e¶. Nagle rozleg³ siê srebrzysty g³os Basi: - Ja nie s³ysza³am! Za czym Basia zmiesza³a siê okrutnie i zaczerwieni³a siê po same uszy, zw³aszcza ¿e pan Zag³oba zaraz rzek³: - Wybacz wasza dostojno¶æ! M³ode to, wiêc p³oche! Ale quod attinet kandydatów, nieraz mówi³em, ¿e na tych cudzoziemców bêdzie p³aka³a wolno¶æ polska.

Ale... - Kamedu³± zosta³, jak mi Bóg mi³y! - zakrzykn±³ w najwiêkszej desperacji. Chwa³a Bogu! Chwa³a Bogu!... Tu poszepn±³ co¶ do ucha pani Boskiej, nagle wybuchn±³ g³o¶nym „cha, cha, cha!” i pocz±³ d³oñmi po kolanach siê trzepaæ, wreszcie w zapale poklepa³ i kolana pani Boskiej mówi±c: - Dobre by³y czasy! co? W m³odo¶ci, co na placu, to nieprzyjaciel, a co dzieñ, to nowy figiel, ha! Stateczna matrona zmiesza³a siê bardzo i odsunê³a siê nieco od weso³ego rycerza; m³ode niewiasty pospuszcza³y oczy domy¶liwszy siê ³acno, ¿e figle, o których mówi³ pan Zag³oba, czym¶ przeciwnym przyrodzonej ich skromno¶ci byæ musz±, zw³aszcza ¿e ¿o³nierze wybuchnêli wielkim ¶miechem. Oto dojrzeli ci±gn±cy z tej strony oddzia³ Mellechowicza. Inni, grzeczni kawalerowie, chc±c j± zabawiæ i co¶ mi³ego jej rzec, rozmawiali z ni± o Ketlingu chwal±c go niezmiernie, wynosz±c jego mêstwo, uczynno¶æ i dworskie obyczaje, i ród staro¿ytny. Spodoba³a mu siê bardzo. - Co acañstwo o tym li¶cie mówicie? - Zdrada jawna; tu nie ma nad czym deliberowaæ - rzek³ pan Muszalski.


||||||||||||||||||||||