Na to Zagłoba: - Bogdaj się był Michał w tobie zakochał, nie byłoby tego wszystkiego..

- Wiecie waćpaństwo, cośmy wczoraj robili? I pan Bogusz wytrzeszczywszy oczy jął wodzić nimi po obecnych. Miała się z tego dobrze i służba pana Zagłoby, ale on sam, wbrew postanowieniu i obietnicy, jechał tak wolno, że trzeciego tygodnia dopiero w Mińsku stanął. Panny siedziały w izbie po drugiej stronie sieni i szyły. alergia Bóg z tobą! Już też zostaniesz z nami... - Daj spokój! Ona niedługo małego Kmicica światu przyrzuci. Rzeczywiście wjechali na szmat stepu, na którym długie i wyschłe łodygi burzanów szronem siwym były pokryte. Raz w Taraszczy na rynku strzelił do mnie, o włos nie zabił, ja zasię rozszczepiłem mu głowę obuszkiem.

Obok pogardy wezbrał gniew w Krzysi, atoli poczęła się w niej dusza burzyć i przeciw Wołodyjowskiemu. Zmogłem się!... Dno ukazało się w gąsiorze, Zagłoba chwycił go za szyję i rozbił w drobne kawałki, bo nie mógł znosić widoku próżnych naczyń. Pan Wołodyjowski zaniepokoił się tym bardzo i zaraz zwołał starszyznę na naradę. świadkowie Jehowy Policzki brata Jerzego powlokły się lekkim szkarłatem, a wzrok odzyskał dawną bystrość. Tymczasem weszli do sieni, a stamtąd do dużej izby. Mellechowicz ani na nią spojrzał.

- A co było? - pytała Krzysia podnosząc nań znów oczy. Pan Zagłoba, więcej z tymi rzeczami obyty, wzruszał tylko ramionami na pobożne Basine uwagi, mówiąc: - I tak by tych kozich synów do nieba nie puszczono, aby insektów plugawych ze sobą nie naprowadzili. Ej, lepiej nie mówić! Tu Krzysia znów podniosła swe ciemnoniebieskie oczy do góry: - Bóg nad nami świadek, a ludzie niech w niewiadomości zostają. - Jako żywo! - zawołał Wołodyjowski - byłbym niegodzien spojrzenia waćpanny, gdybym był to uczynił, ale nie to było. Pan Zagłoba znalazł jednak osobny transparent dla siebie przeznaczony i z niemałym zadowoleniem przeczytał na nim: Niech nam żyje wielmożny Onufry Zagłoba, Wszystkiego kawalerstwa największa ozdoba! Wołodyjowski rozochocił się bardzo i oficerów tudzież towarzystwo zaprosił na wieczerzę do siebie, a dla żołnierzy rozkazał wytoczyć jedną i drugą beczułkę palanki. przeziębienie Dobrze mi było na majętności, to tylko dolegało mi srodze, iż miałem lichego sąsiada. - Ale pamiętaj, że to nas trzy i dwie sług, i czterech czeladzi.

Lecz jedna tylko Krzysia odczuwała tę nieobecność, pan Zagłoba bowiem cały zajęty był zbliżającą się elekcją, zaś Basia i stolnikowa tak dalece wzięły do serca nagłe postanowienie Krzysine, że nie mogły o niczym innym myśleć. - Panie Nowowiejski - rzekł nagle Zagłoba - żebyś tak waćpan był wiedział, że to Tuhaj-bejowicz, może byś tego... - Trzeba - mówiła - abyśmy oboje z Michałem na pierwszą niebezpieczną ekspedycję umyślnie z nim pojechali, bo tym sposobem najlepiej mu ufność okażem. Choćbyście też i po parę pacierzy zmówili, nie będę gniewny na mitręgę, bo sobie przez ten czas wypocznę. Dzikie serce - Ja też żałobne szatki po ojcu noszę. Bóg ci zapłać za gotowość!... - Jedzie ktoś! - zawołała Basia.

Tymczasem, nim podano wieczerzę, otworzyły się drzwi i wszedł Mellechowicz. Pomnij też na to, że jeśli koń, chociaż i wyjeżdżony, człowieka czasem, na kieł wziąwszy, uniesie - jakże afekt nie ma unosić, którego pęd jest większy? Tako i mnie afekt uniósł, dlatego właśnie, żeś mi miła... było to ostatniego dnia w podhajeckim okopie... satanizm Bóg cię pobłogosławi, a jać jeszcze lepiej pokocham, bo mi się serce krajać przestanie. Zaraz sobie powiedziałem: trzeba się i od Ketlinga pokłonić. Niech Bóg rozmnoży pokolenie twoje jako gwiazdy na niebie. - Dla Boga, co waści jest? - zawołał zdumiony gospodarz.

- Jak to on w kościele klęczał przed tobą - mówił znów żal. A on patrząc błędnie to na nią, to na Zagłobę rzekł wreszcie strasznym głosem: - Czy klątwa ciąży nade mną?! - Miej Boga w sercu! - zakrzyknął Zagłoba. Ot, na co nam obum przyszło! Ale przecie taka jeszcze była w nas zawziętość, że nie tylko nie powitaliśmy się po bożemu, ale uraza buchnęła w nas jak płomień i aż radość chwyciła za serce każdego, że i jego wróg tak samo cierpieć musi... Pani i panna Boska ręce tylko składały dziękując Bogu, że im do takich serdecznych ludzi trafić pozwolił. Ale wszelka myśl podobna tak była daleka teraz od głowy pana Michała, że w pierwszej chwili zdumienie przemogło w nim nad oburzeniem. - A Motowidło? - Prawda! Ha! gdzie on jest? Wołodyjowski zamiast odpowiedzieć zakwilił nagle, jak kwili jastrząb albo sokół. Ja go z dawna kochałam, chociażem nie mówiła nic, bo on ajzacniejszy i najlepszy, i kochany...


||||||||||||||||||||||