bo..

- Ciszej waść mów, na rany boskie! - zawołała stolnikowa - bo służba co usłyszy i jeszcze Krzysi doniesie, a ona i tak ledwie żywa. - Wstań waćpan!... Mellechowicz z wolna przychodził do zdrowia, ale że w podjazdach jeszcze udziału nie brał i siedział zamknięty w izbie, przeto nikt sobie nim głowy nie zaprzątał, gdy nagle zaszedł wypadek, który zwrócił nań powszechną uwagę. Jan Grzegorczyk Krzysia chodziła jak struta przez cały dzień: była blada, zmęczona i co chwila spuszczała oczy; czasem rumieniła się tak, że kolory biły jej aż na szyję; czasem usta jej drgały jakby do płaczu; to znów była jakaś senna i omdlała. Żołnierze poczęli się rozchodzić, ale nie wszyscy jeszcze opuścili izbę, gdy Basia podbiegłszy do męża zarzuciła mu ręce na szyję i poczęła coś szeptać w ucho. Gdyby to jeszcze ten pan Wołodyjowski był przyszedł na końcu bajki, przecie byłby pożądany. Otoczyła go cześć i miłość ludzka. Słusznieś waszmość zauważył, że siła tu dobrodziejów znalazłem! - Tak to mówisz, jakby ci gorzko w gębie było, a przecie policz sam życzliwych.

- Co się z tym borem stało? - pytała pana Zagłoby Basia. - Dowody twojej cnoty są tak oczywiste, że i ślepy by im zaprzeczyć nie mógł - rzekł mały rycerz. Chcą, effendi, chcą! jeno im inni tłumaczą, że to wszystko nieprawda, że w Rzeczypospolitej wojska na nich wyślą, a Tuhaj-bejowicza nie masz wcale. Spodobała mu się bardzo. Bogata kobieta Panie bracie, kto chce co dobrego sprawić, różnie ludzi obchodzić musi, ale z wami, widzę, trzeba prosto w sedno. Tymczasem panna Basia wylazła spod stołu, łyżkę i nóż znalazła, ale zgubiła siatkę z głowy; czupryna całkiem jej spadła na oczy. Weszła wreszcie Basia, ale sama, poważna jakaś i zasępiona, zbliżyła się do stołu i ogarniając rączką świecę zwróciła się do pana Makowieckiego. Była to czarnowłosa i czarnooka panna o krwi gorącej, która krew na każdą wzmiankę o kochaniu falą uderzała jej na jagody.

A Michał byłby i wszystko przehulał, gdyby nie to, żem go zawsze powściągał. Strzała przeszyła go na wylot tak, że grot świecił powyżej grzbietu. Rwałem je przecież, silny byłem... Pan hetman gotów im przebaczyć i przebaczenie Rzeczypospolitej na się bierze. Sen nie uwalniał ją od tego natrętnika, bo ledwie zamknęła oczy, natychmiast twarz jego pochylała się nad nią szepcąc: „Wolę cię niż królestwo, niż sceptr, niż sławę, niż bogactwa...” I głowa ta była blisko, tak blisko, że nawet w ciemności krwawe rumieńce oblewały czoło dziewczyny. Dzikie serce - Ani mi się śni! To z mrozu! I rozśmiała się wesoło, ale śmiech to był nieco przymuszony. A ten sygnecik, gdyby się na pamiątkę naszego colloquium przygodził... Następnie, chcąc odwrócić od siebie uwagę, wskazała na klatkę, w której stał dzianet podarowany panu Wołodyjowskiemu przez hetmana, i rzekła żywo: - Waćpan mówiłeś, że do tego konia wchodzić nie można? Otóż zobaczymy! I nim pan Michał zdążył ją zatrzymać, skoczyła do klatki.

Mam w kwaterze listy od pana Bogusza, które okazać mogę, a którym lepiej od moich słów wasza miłość uwierzysz. Pan Zagłoba był jakby ogłuszony. Trzeba ją było reperować, a że żołnierze poginęli i rąk brakło, musieli nas rozkuć i siekiery nam dać. Oj, lepsza taka natura na tym pełnym przygód świecie. Waldemar Łysiak Zaczerwieniła się też okrutnie i sama nie wiedząc, co czynić, powstała z krzesła. - Co słyszę! Impedimentów nie mogą mi tu stawiać, bom ja dotąd jakoby tylko na rekolekcjach... Chyba że się niedawno o tym dowiedział, bo u mnie nic nie wiedział. - No, no! obaczym jeszcze, czy ci animuszu stanie, jak przyjdzie co do czego! - odparł uśmiechając się mały rycerz.

- Książę Jeremi Wiśniowiecki! - przerwał Zagłoba. Żołnierz zresztą wielki, choć małomówny. Są buty, jest rapierek zacny i kubrak... Przypadki księdza Grosera A jednak zdawało mu się, że ma do powiedzenia Krzysi tysiac rzeczy i że właśnie teraz pora po temu, póki są sami i nikt im nie przeszkadza. Lecz opamiętał się. - Panie Snitko - ozwał się Zagłoba - com mówił, kiedym Mellechowicza obaczył? Czym waćpanu nie powiedział, że renegat i zdrajca oczyma tego człowieka patrzy? Ha! dość mi na niego było spojrzeć! Wszystkich mógł oszukać, ale nie mnie! Powtórz waść moje słowa, panie Snitko, nic nie zmieniaj. - To od starego żołnierza za tego Tatarzyna w trzcinach! - rzekł. Pan Snitko...

- A jednak tak ono z waścią związane, że czasem i prawdziwego nazwiska ktoś nie powie, jeno rzeknie: „nasz Ulisses”, i wszyscy wraz odgadną, kogo orator chciał wyrazić. Ufam, że i nasz Michał do reszty przy tych delicjach o przygodzie swej nieszczęśliwej zapomni. - Nic jej! - zakrzyknął Tatar. - Otóż to jest! oto jest! Nie możesz ty już do Krymu wracać, chyba z utratą wiary, że zaś musiałaby iść za tym i utrata zbawienia, więc żadne dobra ziemskie ani godności wynagrodzić by ci tego nie mogły. Ale niepotrzebna to była ostrożność, bo nikt na nich nie zważał. Chwilami również, zwłaszcza gdy próbowała przymknąć oczy, zdawało się jej, że jakaś piękna jak sen głowa pochyla się nad nią, a cichy głos szepcze jej do ucha: - Wolę cię niźli królestwo, niźli sceptr, niźli zdrowie, niźli długi wiek i życie!W kilka dni później pan Zagłoba pisał do Skrzetuskiego list z następującym zakończeniem: „A jeśli przed elekcją do domu nie ściągnę, to się nie dziwujcie. Wracajmy teraz prędko, bo się boję, abyś mi nie zachorzała od fatygi. Niektórzy przepowiadali wojnę domową, a wieści te znajdowały wiarę wobec olbrzymich drużyn wojennych, jakimi otaczali się magnaci.

I może właśnie dlatego więcej okazywała mu życzliwości, niż pozwalała na to ich krótka znajomość. Wre już tam przed elekcją jak w ukropie, bo każdy swego kandydata zaleca. Siła on między szlachtą znaczy. Nikt nie spał w całym domu. Wołodyjowski porwał omdlałą żonę na ręce, inni skoczyli po wodę, której w pobliżu nie było. Oto trzymając się w objęciach poplątaliśmy tak łańcuchy, żeśmy ich odczepić nie mogli. Owóż słuchajcie: mam wiadomość z Kamieńca, że za dwie niedziele najdalej przyjedzie tu Piotrowicz z licznym pocztem. - Niepodobna już tu wytrzymać.


||||||||||||||||||||||