Atoli często gęsto i pan Zagłoba wyruszał do Warszawy, gdzie w grzecznej kompanii czas trawiąc, wracał nieraz pijany dopiero drugiego dnia - i wówczas Krzysia zostawała zupełnie sama, trawiąc samotne chwile na rozmyślaniach trochę o panu Wołodyjowskim, trochę i o tym, co by się mogło zdarzyć, gdyby owa klamka nie była zapadła raz na zawsze, a częstokroć: jak by wyglądał ów nieznany rywal pana Michała, królewicz z bajki..
Serce u niego, jak oczy u karasia, na samym wierzchu. - Dla Boga! chyba żeś już pytał? - Nie mówmy o tym! Uczyń mi waćpan tę łaskę! - Dobrze, mówmy o aurze... - Niech was aniołowie prowadzą - odrzekł ksiądz - jeśli tak, to o nic więcej nie chodzi. John Eldredge - Módlmy się o boskie miłosierdzie! -zawołała nagle Krzysia obsuwając się na kolana. - Kiedy mam jechać? - powtórzył mały rycerz. Tu pan Zagłoba przerwał milczenie i zwróciwszy się do Basi rzekł: - Jeśli was Turczyni pojmają, to czy chcesz, czy nie chcesz, twój los będzie zgoła inszy jak Michałowy. To, co zaszło w kościele, a następnie list pana Wołodyjowskiego to były dla niej jakoby dwa uderzenia obucha.
- Kto by taki jasyr wziął, sułtanowi nie miałby czego zazdrościć, któren i sułtan pół państwa swojego chętnie by za taką oddał. Ale teraz Basia stała oparta o mur zanosząc się od płaczu. Co za honor dla nich ginąć z takiej oto rączki, którą przy okazji niech mi ucałować będzie niewzbronno. - Rzekłem tylko, iż nowy sentyment nie przyszedł. Rzeczpospolita kłamców - Zali prawda, że ona całe życie była nieszczęśliwa? - szepnęła siadając Krzysia. - A Michała to niby nie znają? A Michała to niby nie będą omijali? - I jego będą omijali, chyba że w wielkiej potędze nadciągną, co się może przygodzić. Boże cię pociesz, bracie kochany! drogi! złoty! Mąż sam na elekcję ma tu przyjechać, więc mi powiedział tak: „Weź panny i jedź wcześniej.
- Nie! - odparł ze smutkiem rycerz - bo mi znów na długo wyjechać przyjdzie. - Zmiłuj się nad nami! - Zmiłuj się nad nami! Dalej modliła się już cicho, ale widział Ketling, że płacz wstrząsa całą jej postacią. Wysłaniec jej przyjechał na dwór hetmański dopytywać, czy kto z dworzan czego o małym rycerzu nie wie. Wołodyjowski uradował się bardzo, bo lata całe upłynęły od czasu, jak pani stolnikowej nie widział, a dowiedziawszy się, że w braku lepszej gospody stanęła na Rybakach, w nędznym domku, poleciał zaraz, by ją do Ketlingowego dworu zaprosić. Dobrze! byle mi teraz nie było wzbronno do Chreptiowa z Michałem iść, to w razie wielkie wojny odeślecie mnie waćpanowie, gdzie wam się podoba. Chyba że zginiem, bo gdzież, w jakim kraju, w jakim innym państwie taka rzecz przygodzić by się mogła? Dobry był król Joannes Casimirus, ale nadto przebaczał i przyuczył najgorszych dufać w bezkarność i przezpieczeństwo. Raz, gdy stolnikowa z Basią były u chorej krewnej, namówił Ketling Krzysię i pana Zagłobę do zwiedzenia zamku królewskiego, którego Krzysia nie znała dotąd, a o którego osobliwościach dziwy opowiadano w całym kraju.
- A gdzie pan Motowidło? - Założył od wzgórza, a pan Mellechowicz od Kałusika. Wkrótce miały ją dla Krzysi przesłonić chmury wyrzutów, ale obecnie była pora spoczynku. - Sama pewnie by tak nie postąpiła - mówił sobie pan Michał-a mając duszę wielką, niechybnie i w innych tej wielkości desiderat. Uczuł też pan Bogusz, że Azja prawdę mówi. I umilkłszy poczęła iść spiesznie ku domowi. - E! co tam! Radam, bo nasz! - Ale to sobie zauważ i zakonotuj, hajduczku - rzekł Zagłoba - iż jeśli na polu bitwy trudno o lepszego niż Ketling, tedy dla niewiast jeszcze on bardziej periculosus, które się w nim dla jego urody zapamiętale kochają! Praktyk też to i w amorach znakomity! - Powiedz to waćpan Krzysi, bo mnie amory nie w głowie - rzekła Basia i zwróciwszy się ku Drohojowskiej, poczęła wołać: - Krzysiu! Krzysiu! Chodź jeno na słowo! - Jestem - rzekła panna Drohojowska. On nic nie odrzekł, tylko przycisnął do ust jej rękę, a potem pochylił się i objął z pokorą jej stopy, jak chłop.
Twarz dziewczyny była biała jak płótno, aż lekki meszek nad jej ustami wydał się ciemniejszy niż zwykle; pierś jej wznosiła się i opadała gwałtnie, lecz Wołodyjowski wziął łagodnie jej rękę i do ust przycisnął; po czym ruszał czas jakiś wąsikami, jakby zbierając myśli, na koniec ozwał się z wielkim smutkiem, ale i z wielkim spokojem: - Moja mościa panno albo lepiej: moja Krzysiu kochana! Wysłuchaj mnie bez trwogi, bom też nie jakowyś Scyta ani Tatarzyn, ani dzik, jeno przyjaciel, który chociaż sam nie bardzo szczęśliwy, przecie twojego szczęścia pragnie. I nim zdumiony Ketling zdołał wymówić słowo, dodała jeszcze: - Zapomnij o wszystkim, co było!... - Za pozwoleniem waszej dostojności. Szlachetny napitek wnet napełnił ich żyły błogim ciepłem, a serca jakąś otuchą. - Nie tak często jak ja! - odpowiedział pan Zagłoba. Taka już natura ludzka! Żeby jednak twoja Tuhaj-bejowa krew dawała ci prawo rozkazywać wszystkim Tatarom, do tego słusznych racji nie widzę. W stanicy byłaby rozrywka gotowa.
To rzekłszy skłoniła nieco głowę, jakby dając znać, że do tych ostatnich pana Wołodyjowskiego zalicza, on zaś przyjął wdzięcznie odpowiedź. I tego nie wiesz, że dla mnie to gorszy cios niż dla innego, bom ja już jedno kochanie stracił. - Zali wielka bieda? - Koni siła padło. - Dziękuję Bogu, żeś waćpan jowialnego humoru nie utracił - rzekł Ketling - bo wesołość znak zdrowia. „To jest wielka pani - myślał sobie - która duszę musi mieć wspaniałą! Za to ta druga istny pacholik!" Jakoż porównanie było trafne. Teraz stało się dla nich jasnym, że wszystkie chorągwie wiedzą o nich i jadą na nich. Miłuję cię więcej niż zdrowie, miłuję cię nad wszelkie dobro ziemskie, miłuję cię duszą, miłuję cię sercem i tu, wobec tego ołtarza, miłość ci moją wyznawam!...